artists
Dorota Buczkowska
Corrine Cherpantier, kwiecień 2005

Twórczość Doroty Buczkowskiej wymaga od odbiorcy wyjątkowej uważności. Różnorodność motywów i technik, które mnożą się w kolejnych pracach, może wprawiać w zakłopotanie. Formy fizyczne, świadomie niepokojące, czasem wręcz chorobliwie cielesne pojawiają się obok figur lekkich, minimalnych jak obraz mgły czy odlatujących balonów.

 

Rysunki, grafiki a przede wszystkim prace wideo od strony formalnej reprezentują często różne światy. Raz jest to pozornie nieporadna kreska grafiki, gruba linia rysunku, ślady zbyt mocno odciśnięte na podłożu, kiedy indziej ledwo dostrzegalny ruch animacji w zatrzymanym kadrze.

 

Spójność takich projektów łatwo może umknąć naszej uwadze : rozproszenie tlumaczyć można tym, ze twórczość Doroty Buczkowskiej bazuje na rzeczywistości, karmi sie nią, dzięki niej rozwija. Rzeczywistość jest inspiracją i materiałem. Nie definiując a priori ostatecznej formy autorka pozwala by projekt żył własnym życiem w ścislej relacji z otoczeniem. Dzieki bogactwu figur i odczuć praca zyskuje dodatkową ekspresję.

 

Niektóre motywy powracają regularnie : na przykład ciało i jego organiczność, traktowane ze swobodą jaką spotyka się w kulturze Europy Wschodniej, z której artystka pochodzi. Powracającym motywem jest cyrkulacja: przepływy płynów w ciele, zestawione z tymi, które organizują pejzaże lub konstrukcje hydrauliczne. Nieprawidłowo narysowane, fałszywe schematy nieistniejących obiektów udają rysunki techniczne. Są jak próba zrozumienia, tego co przedstawiaja we wnętrzu. Jak gra, w której chcielibysmy zapanować nad układem danych elementów, lub conajmniej zachować iluzję jej kontroli.

 

Czerwone punkty przemieszczają się we wnętrzu « żyly », zlepiają się, zrastają i zanikają, by na nowo rozpoczać wędrowkę. Niespodziewany balet mężczyzny niosącego martwego, drapieżnego ptaka, o skrzydłach rozportartych na próżno.

 

Jest w tych obrazach wiele wrażliwości, ogromna delikatność, która ujawnia się nieustannie, mniej lub bardziej dyskretnie, z wiekszą lub mniejszą przemocą i ucieleśnieniem.

Jeśliby szukać wspólnego mianownika dla tych prac byłaby nim płynność, która je wypełnia : ślad życia, esencja ruchu, jest również tym, co może się ulotnić i zniknąć.

Plynność jako nośnik życia jest jednocześnie nośnikiem śmierci, może ona prowadzić do całkowitego zaniku rzeczy. Te obrazy zdają się nam przypominać, że ruch jest istotą bytu i może ustać; podobne spostrzeżenia dotyczą zjawisk natury: wiatr unosi, mgła zaciera, lód topnieje.

 

Dorota Buczkowska stara się stworzyć poprzez obraz te krótką, dodatkową chwilę, która daje nam złudzenie kontroli, władzy, rozumienia. Pragnienie przywłaszczenia sobie, utrwalenia tego wrażenia, odmierzając równocześnie, jak z zamkniętymi oczami, jego znikomość.­

 

Corinne Cherpantier, kwiecien 2005

dyrektor CENTRUM SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ - SYNAGOGA w DELME, Francja

Maria Rubersz, Miesiąc fotografii w Wiedniu, listopad 2008

Cykl 9 fotografii Doroty Buczkowskiej ma wspólny mianownik - motyw izolacji. Gumowe elementy podziału, zamknięte, wegetatywne, puste przestrzenie czy banalne detale są pozbawione życia, czasami tylko ujawniają swój potencjał, jak palące się świetlówki. Fotografie wywołują poczucie napięcia - syntetyczny materiał wykorzystany jako warstwa izolująca, ochronna, podkreśla gotowość do spięcia, eksplozji czy wręcz organicznej obsceny. Pusta sala z ledwie widocznymi kablami, zbliżenie na plątaninę przewodów, przejście do ciemnego pomieszczenia, wiszące na hakach fartuchy i rękawice, gumowa zasłona oddzielająca od oświetlonej przestrzeni. Światło przedziera przez szczeliny, wystarczy jeden gest, byśmy zostali oślepieni. Niepozorne, szare fotografie zawierają potencjał oślepiający, parzący.

 

Instalacje przestrzenne, wideo, malarstwo i rysunki, fotografie, obiekty, ale i haft, witraże oraz produkcja embrionów-cukierków. Szerokie wykorzystywanie różnych mediów cechuje sposób badania Doroty Buczkowskiej zawyczaj jednego problemu, np. obiegu substancji w świecie biologicznym. Rysunki budynków z instalacjami sanitarnymi przypominającymi ludzkie trzewia zmieniają wielopiętrowy dom w biologiczną strukturę. Instalowane w przestrzeni wystawienniczej czerwone rury wyrastające ze ściany i wijące się po podłodze to ujawnianie ukrytego życia architektury. Rury wytryskujące z przydrożnych rowów są tematem do notatek fotograficznych. Cyrkulacja - dokumentowana, uzmysławiana czy mapowana w inne rejony. Prace wideo Doroty Buczkowskiej są najczęściej sublimacją rzeczywistości. „Punkt rosy” to abstrakcyjny, niezwykle piękny film rejestrujący moment opadania mgły. Nieczytelny, mleczny krajobraz jest przełamywany przez trudny do identyfikacji motyw dźwiękowy i czerwoną, zanikającą plamę. W „Punkcie wyjścia” artystka zwraca uwagę na atawistyczne wręcz pragnienie latania. Profesjonalista ze stacji meteorologicznej wypuszczający sondę zaczyna biec za unoszącym ją balonem. Ekspertyzy, próby opisania i usystematyzowania świata zderzane są więc z rzeczywistości, która odsłania swoją nieokreśloną, piękną czy spazmatyczną naturę.

Magdalena Ujma, Wewnętrzne bombardowanie, grudzień 2008

Słowo „interror” jest neologizmem. Nie istnieje w języku polskim ani w żadnym innym, jednak wydaje się znajome. Stoi blisko nie tylko pojęcia interior, ale i terror. Dorota Buczkowska tak nazwała cykl własnych prac.

 

Interior to wnętrze. W powieściach podróżniczych mówiło się o interiorze na określenie obcej krainy, nieznanej, dzikiej i przepastnej. Słowo niosło w sobie obietnicę przygody, niespodzianki, ale i wzbudzało strach. Terror - tego tłumaczyć nie muszę, słowo jest dzisiaj bardzo na czasie. Niesie skojarzenia z obcym, który przynosi zagrożenie i pojawia się znienacka jak uderzenie, którego się nie spodziewasz. Terror rodzi podejrzliwość, nieufność i strach czające się w najczulszych miejscach systemu, wdziera się w to, co do tej pory było bezpieczne, w rodzinę, dom, uderza w zwykłych ludzi i najcenniejsze dla nich wartości.

 

Pracom Buczkowskiej brakuje nachalności w sugerowaniu sensów. Na przykład Huśtawki to znak jednocześnie mocny i ulotny. Te najbardziej chyba znane prace artystki niosą w sobie przechodzenie jednego sensu w drugi, dziwne zaprzeczanie sobie. Huśtawka niesiona jest przez balony, ale balony mogą być czarne i wyglądają raczej jak głazy, coś cięższego niż folia wypełniona gazem. Czarna folia kojarzy się nieprzyjemnie. Zwłoki są pakowane w wielkie czarne worki, ale o tym wolimy nie myśleć. Świadectwo wzroku mówi zatem o dwóch sprzecznych rzeczach: lekkie - ciężkie. Unoszą się, a nie powinny. No i dlaczego huśtawka odlatuje w przestworza - ten symbol dzieciństwa, kokieterii, wabienia i uwodzenia, wypoczynku i beztroskich wakacji? Dlaczego jest niedostępny jak marzenie i dlaczego czarny (chociaż jest też wersja biała)?

 

Jeśli nie da się czegoś zobaczyć wyraźnie, zaczyna pracować wyobraźnia. Ten właśnie obszar penetruje Dorota Buczkowska, lokujący się na granicy między zobaczonym a przeczutym czy też zasugerowanym i wyobrażonym. Jej cykl, mimo tytułu, nie oferuje więc rzeczy kojarzących się wprost z terrorem, nie ma oczywistych punktów wspólnych z polityką, ze współczesnymi wydarzeniami, z niusami medialnymi, słowem: z tym, czym żyje dzisiejszy świat. Na głębszym poziomie Interror niewątpliwie z nich czerpie, lecz powstał z kolizji prywatnego, introwertycznego świata ze światem zewnętrznym. Każda z prac Interroru zawiera co najmniej dwie zaprzeczające sobie warstwy znaczeniowe. Powoduje to niepokój przy ich oglądaniu, chociaż trudno uczucie nazwać i zlokalizować. Artystka nie zatrzymuje dla siebie wiadomości, że prace powstały z materiałów, które nie są niewinne, przeciwnie –nie ukrywa, że można ich użyć dla złych celów. Zaczęło się od kulistych obiektów, które w gronie zawisły na ścianie, kojarząc się raczej z gniazdem owadów, wypełnione jednak były materiałem wybuchowym. W innej pracy tworzyły jakby krosty czy narośle na ścianie - jakieś znaki choroby, dręczącej jednak substancję martwą, część budynku. Jeszcze wcześniejsza praca to płytki wyglądające jak czekoladowe, które umieszczone w plastikowych woreczkach uzupełnione zostały o opisy materiału, a zostały zrobione według recept znalezionych w Internecie na to jak domowym sposobem skonstruować bombę. Kontrast smakowitego wyglądu i groźnej zawartości.

 

Interror to przykład takiej sztuki współczesnej, która wymaga dodatku, wytłumaczenia. Czy jednak rzeczywiście wymaga? Artystka dopuszcza możliwość interpretacji dokonanej bez wiedzy o dodatkowych sensach, tak więc są jakby hojnym uzupełnieniem, warstwą, która może pozostać nieodkryta, a która udziela pewnej aury samemu dziełu. Widz obcuje z tajemniczymi przedmiotami, które są estetyczne, oszczędne formalnie. Miłe wrażenie kontaktu ze sztuką psuje nieokreślone przeczucie. Rozpoznać źródło dyskomfortu nie jest łatwo. Niemniej, Interror można odbierać poprzestając na odczuciu. Cykl pozostaje otwarty na różne odczytania.

 

Wystawa Doroty Buczkowskiej w Czarnej powstała z inspiracji charakterem kamienicy w centrum Warszawy, gdzie mieści się galeria. Podłoga została pokryta na całej swojej powierzchni płytami, które wyglądają jak marmur. Bezpośrednią inspiracją są eleganckie klatki schodowe kamienicy. Jednak płyty pod stopami zwiedzających nie zachowują się jak prawdziwy marmur: uginają się, ulegają destrukcji. Każdy chodząc po wystawie uczestniczy w akcie jej niszczenia: podłoga szybko kruszeje, boki płyt rozdzielają na warstwy. Ludzie chodzą ostrożnie, chcą kucnąć, schylić się, dotknąć. Artystka zaś pragnie, byśmy nie wierzyli własnym oczom. Wzrok mówi jedno, zmysły dotyku i węchu drugie. Co jest prawdą?

 

W powietrzu wyczuwa się zapach wosku. On też zaprzecza marmurowi. Kojarzy się z pastą do podłogi, z wypolerowanymi parkietami mieszczańskich siedzib. W kamienicy, w której mieści się galeria, były i pewnie nadal są takie mieszkania, gdzie błyszczała podłoga, a ludzie żyli w poczuciu stabilizacji. Sztuczne marmurowe podłogi w galerii przypominają o zniknięciu świata, który tę kamienicę stworzył. O wynikającej z odmiennych źródeł, a jednak zawsze tak samo dręczącej niepewności - i tej, która towarzyszyła pokoleniu naszych dziadków, a potem rodziców, teraz, w dobie recesji, nam samym.

 

Jak powstały płyty? Jedna z warstw parafiny została pokryta rowkami, jakby śladami wyżłobionymi przez korniki (odzywa się z kolei nawiązanie do natury). W rowki zostały wsypane składniki czarnego prochu - prawdziwego materiału wybuchowego. Rowki zostały pokryte kolejną warstwą parafiny. Chodząc po podłodze chodziło się więc po materiale wybuchowym. I znowu: można w tym zobaczyć opowieść o tym jak jest w nas zakodowane poczucie strachu i niepewności, wszak w Polsce do tej pory prześladuje nas demon pamięci przekazanej w opowieściach rodzinnych, a także obsesyjnie nawiedzający kulturę i politykę. Jednak rozrachunki z polskością nie są najważniejszym elementem twórczości Doroty. Równie ważna jest atmosfera globalnego poczucia niepewności, kryzysu, który niszczy dotychczasowy bezpieczny i wypielęgnowany świat.

 

Cichymi bohaterami jej prac są: złe przeczucia i lęki. Artystka posługując się subtelnymi środkami i niedopowiedzeniami, balansując na granicy tego, co widoczne i zrozumiałe, usiłuje dotknąć czegoś, co jest bardzo trudne, wręcz niemożliwe do zwizualizowania. Usiłuje dotknąć źródeł strachu. Wiele miejsca poświęca motywowi odchodzenia, znikania. Wiele w jej pracach szarości, cienia i bolesnego zagrożenia, które zawsze nadchodzi nieoczekiwanie. W końcu staje się zrozumiałe, że mowa jest o niewiarygodnie kruchym życiu. Mowa jest w końcu - o śmierci.