artists
Monika Wiechowska
Laurie Cluitmans, When the blue moon rises..., 2007

According to folklore, a ‘blue moon’ smiles down on everything that it illuminates, while at the same time softly speaking to it. A blue moon is also a rare astronomical phenomenon. Monika Wiechowska appears to be using both these meanings in her solo exhibition at Galerie Fons Welters, and through her choice of focus she highlights the unnoticed, placing it in a new, undefined narrative.

 

Against a strange, almost surreal background, we see three birds. The trees look real, but the background displays a painted, unearthly forest in a typical atmospheric perspective. Trying to grasp what is shown here, we ask ourselves ‘where is this, and what is going on?’ The Bronx Zoo, New York is the answer, but this answer becomes redundant as soon as it is uttered. What is represented here no longer matters, since the image itself has become the subject of its own reality.

 

The photographs exhibited by Monika Wiechowska appear to provide insight into the way she works with the medium. The cohesive element here is not the subject or genre, but the way in which the images are produced. Through a free, uninhibited, inquisitive gaze, part of the world is framed and packaged to produce a new reality in which the viewer sees things for the first time. From a perspective as low as a child’s gaze, for instance, we see two deer grazing in a garden surrounded by decorative lights. Just briefly, a mysterious, fantasy world comes into being, but a moment later the deer regain their plastic structure and the setting becomes just a garden in a suburb of New York. Now we are no longer looking at a snapshot of the photograph’s subject, but at an extension of the time in which the real and artificial, past and present, interact. The result is a double, carefully chosen image that goes beyond what is displayed.

 

Monika Wiechowska seems to be showing us ‘found places’. Sometimes a city scene, sometimes a landscape, sometimes an interior, but in each case the image shows a distinct interaction between the everyday and her view of it. Her specific way of looking is partly a product of her quest for places from the past, whether drawn from memories of mental images or from the place’s history. The meditation of the camera restores, as it were, a lost utopia. This same way of looking can now also be used for everyday, common places. Through this conscious illumination, a complexity is revealed that shows how reality can be something else. When the blue moon rises, a transformation becomes visible in which something is lost and something is found.

 

From the exhibition When the blue moon rises..., Fons Welters Gallery, Amsterdam, 2007

www.fonswelters.nl

Magdalena Kardasz, Echa miasta, 2009

Pokazywany na wystawie w Kordegardzie cykl fotografii Moniki Wiechowskiej powstał przed rokiem w Stanach Zjednoczonych. Artystka przebywała tam na stypendium, by wkrótce zamieszkać w Nowym Jorku na stałe. Zdjęcia zdają się dokumentować stopniowe wchodzenie autorki w krajobraz (głównie miejski) tego kraju. Tworzą obraz skrajnie subiektywny, naznaczony wrażliwością i doświadczeniami. Nie znajdziemy wśród nich pocztówkowych widoków, takich, jak Statua Wolności w Nowym Jorku czy ogromny napis HOLLYWOOD na wzgórzach Los Angeles. Wiechowską interesują bardziej “złe dzielnice”, zapomniane okolice (Coney Island, New Jersey), których czas świetności minął, choć jej ślady jeszcze gdzieniegdzie widać; nietypowe widoki znanych miast, których bez wskazówki zawartej w tytule pewnie byśmy nie rozpoznali.>

 

Najwięcej zdjęć dokumentuje Nowy Jork. Dyptyk Calvary Cemetery ukazuje pejzaż tej metropolii widziany od strony ogromnego cmentarza w dzielnicy Queens. Na pierwszym planie nagrobki, za nimi bryła Manhattanu. Calvary to największa, a jednocześnie jedna z najstarszych nowojorskich nekropolii - dużo na niej wystawnych rzeźbionych nagrobków. Wiechowska utrwaliła jej uboższy, położony blisko autostrady fragment - nagrobki są tu prostsze, za to niepokojąco podobne w kształtach do wieżowców w tle.

 

Podobny zabieg - ukazania znanego miasta z niezwykłej perspektywy - zastosowała w kompozycji Pejzaż #11 (Mulholland Drive, Los Angeles, Kalifornia, USA), dając widzowi unikalną możliwość spojrzenia na Los Angeles oczyma głównej bohaterki filmu filmu “Mulholland Drive”, dzieła sławnego reżysera tajemnicy - Davida Lyncha. Kolejne zdjęcie utrwala fragment dzielnicy Queens - Flushing Meadows - gdzie mieszczą się korty tenisowe, na których odbywa się sławny turniej US Open. Znowu widok mało tryumfalny, jak gdyby spoza sezonu - śnieżny pejzaż niewyraźnie majaczący za ścianą z grubych szklanych kafli. Pejzaż #2 (Bronx ZOO, Nowy Jork, USA) przenosi nas do cieszącej się podobnie kiepską opinią dzielnicy Bronx. Zima, malowniczy kadr, zniszczone ogrodzenie, a za nim fragment ptaszarni. Niepokoi całkowity brak zwierząt i ludzi. Inna część Bronxu - Sheridan Avenue, sfotografowana została przez artystkę o tej samej porze roku. Widzimy ściany zaniedbanych budynków, a na pierwszym planie skarpę z dziką roślinnością pokrytą niesamowitymi lodowymi nawisami. Kontemplację piękna lodowych sopli zakłóca rodzące się w podświadomości widza pytanie o katastrofę, która powołała je do istnienia. Bujność natury w centrum wielkiego miasta oraz widoczne w architekturze ślady upadku wzmacniają efekt niepokoju i alienacji. Artystka to właśnie zdjęcie powiększyła proporcjonalnie do rozmiarów jednej z bocznych ścian Kordegardy. Skala tego przedstawienia oddziałuje na widza, podziały wnętrza dodatkowo je kadrują, stopniując napięcie. Naprzeciwko obrazu odwołującego się do historii i odwiecznej walki natury z kulturą Wiechowska umieściła tych samych rozmiarów zdjęcie zatytułowane Pejzaż #5 (VLA, New Mexico, USA), na którym widać ogromną antenę-teleskop ustawioną w surowym pustynnym pejzażu. Nie wiadomo, czy to futurystyczna wizja przyszłości Ziemi pozostającej w stałym kontakcie z odległymi cywilizacjami; świat po zagładzie, w którym nie ma już miast, kontrolowany przez roboty; czy może sonda na Księżycu? W swoich amerykańskich podróżach artystka dotarła do Nowego Meksyku, gdzie sfotografowała obserwatorium astronomiczne Very Large Array położone na pustyni, urzeczywistnienie mitu przyszłości o mocno niepokojącym wyglądzie (futurystyczna/stechnicyzowana natura). Pejzaż #9 (Fragment Tamy Hoovera, Nevada, Arizona, USA) ma podobną atmosferę - wywołaną kontrastem ogromnej inwestycji technicznej, (która wydaje się opustoszała) i potęgi czystej natury.

 

Trzecie zdjęcie wybrane przez artystkę do powiększenia pozwala lepiej zrozumieć ideę wystawy. Widok zaśnieżonego ogrodu przegrodzonego ornamentem z oszronionej siatki przenosi nas do nierealnego świata zimowej bajki. Czy to także jakaś część Nowego Jorku spoza centrum, czy prowincjonalne miasto Środkowego Zachodu? I znowu tytuł odkrywa prawdę - to Szczecin, rodzinne miasto artystki. Wplatanie do prac elementów subiektywnych, zaczerpniętych ze sfery prywatnej (niekiedy intymnej) i zestawianie ich z tym, co powszechnie widoczne, indyferentne, podlegające publicznemu osądowi, charakteryzuje metodę twórczą Moniki Wiechowskiej. Wykonane przez nią zdjęcie nigdy nie jest bezstronnym czy stylizowanym zapisem. Artystka fotografuje zastaną rzeczywistość, ale te obrazy snują opowieści, mówią o czymś, co znajduje się poza widzianym kadrem, odkrywają pokrewne (uniwersalne) historie zapisane w pejzażu Nowego Jorku, Los Angeles, Szczecina, czy Gruzji i Chorzowa, utrwalonych przez nią wcześniej.

 

Magda kardasz, tekst pochodzi z wystawy Echa miasta, Kordegarda, 2008

www.zacheta.art.pl

Magdalena Ujma Olbrzymka, 2003

Kobieta jest olbrzymia. Ręka podpiera głowę, a głowę zadarla. Uśmiecha się. Blond włosy rozsypały się dookoła głowy jak aureola.

 

Jest to akt i autoportret jednocześnie. Patrzymy i wzrokiem obmacujemy wystawione na widok ciało. Jak na… wystawie. Olbrzymie rozmiary (6 x 3 m) sprawiają, że nie sposób od niego uciec. Nie sposob ominąć go wzrokiem Udac, że się go nie widzi.

 

Nie ma tu gry że spojrzeniem. To widz jest „winny”. To widz sie wstydzi i dręczy go zażenowanie nagościa artystki. Doznaje ambiwalentnych odczuć: fascynacji i poczucia winy. Mimo rozmiarow, fotografia jest zaskakująco intymna. I dlatego kusi i odpycha, wywołując wrażenie, że widz jest nieproszonym gościem, przed którym zapomniano zamknąć drzwi.

 

Modelka i artystka kieruje na siebie wzrok widzów, przyciągając go i wystawiając sie na niego. Sama jednak swego wzroku odmawia. Oczy ma przymknięte. Twarz jest w ekstazie, onanistycznej, autoerotycznej rozkoszy. Bo nie ma tutaj innego niż modelka zródła tego stanu. Tylko rozespana, pogrążona w sobie i w marzeniach kobieta, podmiot i przedmiot obrazu w jednej osobie. Granica między nimi została zniesiona. Jest kobieta, leżąca na kanapie, podająca się jak na tacy, ale nieuchwytna.

 

I leży tak na tej skórzanej sofie apetycznie biała, posągowa jak bogini, która niewinnie rozchyla uda, i spokojnie kładzie dłoń obok łona. Na myśl przychodzą takie obrazy jak Danae czekająca na potoki złotego deszczu lub Kalliope w objęciach chmury. Tylko Zeusa brak. Nie ma deszczu, promienia światła czy mgły. Dokonuje się więc zaprzeczenie meskiej zasadzie przyjemności, jaką ma dawac obraz. Wzrok ślizga się po powierzchni, ale nie moze wniknać w ciało. Mimo, ze jest królem zmysłów, i ustanawia silne relacje władzy, to autorka wyzywa go na pojedynek. Wydaje się prowokować: „patrz ile ci sie podoba, a i tak nie będziesz mnie miał”. W efekcie zmusza go do odwrotu. Wzrok zaczyna pełnić rolę… dłoni, która stara się gładzić jedwabiste ciało zdjęcia.

 

Zdjęcie nie daje się ogarnąć jednym spojrzeniem. W tym też widać pułapkę dla wzroku. Bo skoro nie można ogarnąć, to i nie można zawładnąć. W kawałkach, z bliska, bez proporcji – w ten sposób widzi się ciało kochanka czy kochanki, w miłosnym zbliżeniu, o czym pisze Octavio Paz. Nastepuje dezintegracja pożądanego ciała, niektóre jego elementy potwornieją, inne w ogóle znikają, zasłoniete górami brzucha, bioder czy pleców.

 

Ta kobieta o mlecznej skórze i jasnych włosach pełna jest radości, która płynie z niej samej.

 

Nie jest już przynętą, łatwym łupem, branką do wzięcia z każdym spojrzeniem, towarem na targu niewolnic. To ona łapie widzów w pułapkę i puszcza niezaspokojonych, z rozbudzona żądzą. Pożądanie się wzmaga, obraz daje przyjemność – do czasu.

 

Według Kennetha Clarka, aktem nie jest każde przedstawienie nagiego ciała. Akt to ciało pokazane według pewnych reguł, wyidealizowane. Można powiedzieć, mięso wtłoczone w ramki, golizna „ubrana”. Zdjęcie Moniki respektuje wiele z tych zasad. A więc ciało o dobrych proporcjach, kobiece, nieowłosione, czyste, bez widocznych związków z fizjologią, biologią, mięsem. W przewrotny sposób potwierdza się tutaj tradycyjny podział na kobiece i męskie. To znaczy kobieta jest bierna...

 

Ale tylko pozornie. Pozornie Monika jest w zgodzie z tradycyjnymi sposobami przedstawiania – kobieta jest pokazana jako leżąca, a to otwiera wielką mnogość skojarzeń związaną z pierwiastkiem żeńskim. Kobiecość – bierność, czyli ziemia, czyli pejzaz, czyli natura. Tymczasem Wiechowska ustawia swój wizerunek pionowo, co nadaje mu niepokojącą dwuznaczność. Kobieta falliczna. Ta, która siega po władze. Bierność i aktywność w jednym. Matka-ziemia, rodząca bogini, Demeter, ale i Afrodyta, Artemida czy Atena.

 

Sięga po władze zamykajac oczy. Jest naturalna, nie pozuje, swobodnie się śmieje. Jak już wiemy, jest i adresatką, i obiektem spojrzenia. Bo pierwsza na siebie popatrzyła. Spojrzała miłosnie. Myślę, że podczas pozowania zapomniała po co tu jest, po co leży naga w niewygodnej pozie i jest jej zimno. Przestała zwracać uwage na aparat fotograficzny. Dlatego zdjęcie robi tak silne wrażenie. Bezwstydne w swojej niewinności. Każdy przy olbrzymce czuje się intruzem. Sliniącym się starcem przy pięknej Zuzannie, która nie wie, że powinna się ukryć.

 

Ale czy rzeczywiście niewinna Zuzanna? Samowystarczalna? Przecież ona najwyrazniej kusi, wabi i czeka. A kochankiem jest widz. Tutaj nie chodzi o relację posiadania, zawładnięcia, pana i niewolnicy. Tutaj do głosu dochodzą zmysły, dochodzi żar pożądania spalający jakiekolwiek hierarchie. Jej ciało otwiera sie jak w najintymniejszej chwili. Jak dla najbliższej osoby. Zaprasza. Ciało, nie ona.

 

Wśród zdjęć, ktorę Monika Wiechowska pokazała na dyplomowej wystawie w Rijksakademie w Amsterdamie, znalazło się więcej aktów. Wszystkie wykonane sa we wnętrzach, wszystkie cechuje ta sama intymność wynikajaca z samotnosci w domu. I napięcie wypływajace z pozowania nago – choć właściwie powinnam powiedzieć nie-pozowania, bo te akty zostały uchwycone w chwilach intymnych, w przelocie, przypadkiem, jakby podejrzane przez dziurkę od klucza. W wannie, przy łózku, na ręczniku. W ciasnej przestrzeni, pomiędzy sprzętami.

 

Było tam w ogóle wiele różnych zdjeć. Autorkę pasjonuje wiele tematów i dziedzin życia, z żadnej nie chciała zrezygnować. Więc zdjęcia lasu, miast, a także martwych natur, owocow i filiżanki, jakby żywcem przeniesione z obrazów.

 

Jest też zdjęcie rodziców. Dwoje ludzi, przy łóżku. Szare swiatło i cisza domu dookoła. Jest jeszcze jeden akt o nazwie Public Space Oddysey. Pojawia się on jako podświetlana tablica czy plakat w przestrzeni miejskiej, na ulicach. Roześmiana naga kobieta turla się po dywanie. Znów pojawia się wnętrze domu – i znowu jest to autoportret, ktory nie podejmuje gry spojrzeń, kobieta zamyka się na sobie i własnej rozkoszy. Ale z drugiej strony autorka-aktorka potrzebuje publiczności. Więc oswaja miasto, prywatne staje się publicznym. Przypomina mi się pewna kobieta z opowiadania Fiodora Sologuba, która na ulicy oddawała się każdemu mężczyznie, który się zgłosił. Aż umarła. Oczywiście, to nie jest przestroga dla Moniki, co raczej wskazanie, jak niebezpieczne bywa dla kobiety odsłonięcie własnej seksualności w sferze publicznej.

 

Najnowsze zdjęcia Moniki należa do serii eden. Bujna przyroda, rajskie paprocie, soczyście zielone trawniki. Widzimy też piękne mieszkanki ogrodów – sarny. Ale coś tu nie gra: zwierzęta leża. Podejrzewamy, że sa martwe, co trochę psuje arkadyjski nastrój zdjęć.

 

Aha. Zdjęcie olbrzymki nosi tytuł Ja.