Wycinałem te reprodukcje z każdego numeru „Przekroju”, z bieżących, to jasne, po przeczytaniu, a jak dostałem kiedyś od ciotki dużo starych, to wtedy było używanie. Wklejałem je do zwykłego niebieskiego zeszytu, nie traktując jakoś specjalnie. Chronologicznie pomieszane, tu średniowiecze a zaraz jakiś może Gauguin albo Otto Dix. Nierówno wycinałem, bo z tym zawsze miałem kłopot i za dużo albo za mało kleju, więc jeden róg odpadający albo sklejone lekko kartki. Brzydki był ten zeszyt i reprodukcje w nim niepiękne, zawsze z lekką przewagą zieleni, bo choć dbali w tym piśmie o jakość, to taka była, jaka być mogła.
Kandinsky, Tanguy, Tchórzewski, Gorky, Miró prawie na pewno tam byli, bo
przecież nie widząc nigdy prawdziwych ich obrazów, pamiętam, jak bardzo wtedy dobrze
znałem ich zapach, krzywizny starych blejtramów, faktury. Tak mi się wydawało,
że czuję i wiem, bo tak są nieprzeniknione, niewytłumaczalne, nieopisywalne. Widziałem
je zawsze z tą lekką przewagą ciemnej zieleni i burawych ugrów. Dużo później,
kiedy już mogłem zobaczyć je naprawdę, nie byłem przekonany, czy nie wolałem tamtych,
czasem zupełnie innych niż te przechowywane w pamięci.
Malarstwo Sławka Pawszaka jest nieprzedstawiające, choć, tak samo jak moich
wtedy ulubionych, wklejanych do zeszytu, jest z rzeczywistości. Moje pierwsze spotkania
z tymi obrazami natychmiast przywołały tamte reprodukcje, poczucie fizycznego
spotkania z obrazem poprzez zapośredniczenie (pewnie dlatego tak silne, że nie było
jeszcze wokół tak dużo przedstawień). Pawszak powiększa mikroświaty znalezione,
drobny rozprysk farby, ślad niedostrzegalny bez uważnego przyjrzenia, niestartą resztkę
zdarzenia. Powstają światy zderzających się, albo tylko towarzyszących sobie form,
fotografie drobnego fragmentu roboczego stołu, malarsko uzupełnione i „upiększone”.
Autor nie udaje tu jednak kreatora z niebytu, bo wie przecież, cały czas dokładnie, jak
wyglądało malarstwo, cytuje je świadomie, choć niekoniecznie wprost. Nieistniejące
„pejzaże”, „martwe natury” wymyślonych form, namalowanych z pełną umiejętnością
malowania jako czynności doskonale rozumianej, przeczutej i nauczonej. Te obrazy
mogą sprawiać fizyczną przyjemność w kontakcie, ale też mogą swoją obecnością
burzyć pozorną pewność ich neutralności. Stoi bowiem za nimi ciągle stawiane pytanie
o malowanie jako skomplikowany proces odnoszenia się do historii medium, jego
możliwości i właściwości technicznych. Pojawia się też kwestia kuszącej możliwości
całkowicie fenomenologicznego oglądu, które wydawałoby się, dają.
„Słowa wszystko szmacą” mówi Konrad, bohater powieści Thomasa Bernharda
„Kalkwerk”. Artysta, nacechowując swoją wystawę tak mocnym tytułem, używa go
być może w obronie obrazu jako nośnika lepszych, bo niewerbalnych sensów czy
emocji. Ja odbieram go, bez wchodzenia w kontekst źródła, jako odwołanie do intuicji
w relacji ze sztuką, intuicji która, co oczywiste, musi mieć bazę świadomości medium.
Pawszak daje odbiorcy dowolność odczytania obrazu, który przecież został namalowany
z pełną, odpowiedzialnością wobec Malarstwa, jako mitycznego świata (żeby nie
powiedzieć, zmitologizowanego) Malarzy. Te duże litery są tu trochę i szacunkiem,
i dobrotliwą ironią. Sugerując w tytule niekonieczność odbioru opisanego słowami, nie
zamyka przy tym tej drogi. Cytatem przestrzega jedynie, nie zakazuje.
Pierwsze zobaczenie tych obrazów, w reprodukcji choć już na ekranie, przywołało
natychmiast zapachy tamtego zeszytu - mieszanki kleju i rozmiękłego od niego papieru,
i jeszcze metaliczny od nożyczek, i coś poza przedmiotami, nieuchwytny zapach
nieistniejącego realnie muzeum w pamięci. Jednocześnie przeszukiwałem tę pamięć
w bolesnej niemożności przypomnienia sobie, z jakich obrazów znam te formy.
Których tak naprawdę teraz nie umiem opisać.
Słowami.
Wojciech Kozłowski, dyrektor BWA Zielona Góra
Sławomir Pawszak, Bez tytułu, 2011, olej na płótnie, 180 x 130 cm




